- Córeczko, wszystko w porządku? - usłyszałam głos matki zza drzwi łazienki.
Od kilku dni nic nie było w porządku. Praktycznie wszystko, co zjadałam, od razu ze mnie wylatywało. Najgorzej było rano, tak jak teraz.
- Tak - odparłam słabo, kiedy torsje przestały mną szarpać.
Spuściłam wodę, po czym przemyłam twarz. Moje odbicie w lustrze straszyło. Włosy rozczochrane, twarz blada. Słowem: istna masakra. Postanowiłam, że skoro już jestem w łazience, to wezmę prysznic i doprowadzę się do porządku.
Kiedy po kilkunastu minutach wyszłam z łazienki, mama była w kuchni i robiła jajecznicę. Uśmiechnęła się do mnie, ale ja nie byłam w stanie tego odwzajemnić. Wymamrotałam, że muszę iść, chwyciłam torbę i wybiegłam z domu, biorąc głębokie oddechy, żeby znowu nie zwymiotować. Miałam dość. Obiecałam sobie, że po zajęciach pójdę do lekarza. Byłam pewna, że to tylko zatrucie, ale jak na zwykłe zatrucie, coś za długo to trwało...
Na uczelnię poszłam pieszo. Na samą myśl o jeździe tramwajem czy nawet samochodem robiło mi się niedobrze.
Od razu po wejściu na uniwersytet doszła do mnie Nicole. Patrzyła na mnie jak na ducha.
- Dobrze się czujesz? - zapytała troskliwie.
Wcześniej mdłości przechodziły zanim miałam styczność z ludźmi, więc nikt nawet o nich nie wiedział. Z wyjątkiem mamy. Wystarczyło, że ona się martwi. Nicole nie musiała.
- Strułam się czymś. Cały ranek wymiotowałam.
- Byłaś u lekarza?
Pokręciłam głową.
- Pójdę po zajęciach. - Uśmiechnęłam się delikatnie.
Po pierwszych zajęciach na korytarzu zaczepił mnie Danny. Od tej afery z Eric'iem często rozmawialiśmy. Oczywiście tylko wtedy, kiedy nie było w pobliżu Janny.
- Dobrze się czujesz? - spytał na wstępie.
Westchnęłam.
- Wszyscy mnie dziś o to pytają - rzekłam cicho. - Tak, wszystko ok - dodałam. Taka była prawda. Czułam się o niebo lepiej niż rano, choć nadal byłam blada. Przynajmniej już nie wymiotowałam, a to znacznie ułatwiało życie.
- Co słychać? - spytał. - Poza tym, że wtapiasz się w ściany.
Zaśmiałam się cicho.
- Od wczoraj raczej niewiele się zmieniło - odparłam, na co blondyn tylko się uśmiechnął. - A co u Janny?
Niewiele mnie to obchodziło, ale cóż. Zapytałam z grzeczności.
- Chyba dobrze - mruknął.
- Chyba?
Dan wzruszył ramionami. Postanowiłam nie drążyć tego tematu. Widziałam, że on nie chce o tym gadać.
Tylko że między nami zapanowała krępująca cisza, a ja nie wiedziałam, jak temu zaradzić. Wybawił nas dzwonek na kolejne zajęcia. Ruszyliśmy do sali.
- Wiesz, tak sobie pomyślałem... - Urwał.
- Tak? - ponagliłam go, bo staliśmy już przed salą, a ja dodatkowo widziałam zmierzającego ku nam profesora.
- Może poszłabyś ze mną na kawę po zajęciach?
Zatkało mnie. Czy on mi proponował... Nie, to niemożliwe. Przecież ma Jannę.
- Przeszkadzam państwu? - zapytał profesor, który właśnie pojawił się koło nas. Już chciałam przeprosić i wejść na salę, kiedy Danny rzekł oschle:
- Zaraz przyjdziemy.
Otworzyłam szerzej oczy. Profesor minął nas i wszedł do auli.
- To jak? - upomniał Dan, zamykając mi usta. Nawet nie wiedziałam, że je otworzyłam. W oczach blondyna tańczyło rozbawienie.
Potrząsnęłam lekko głową, by wybudzić się z transu.
- Janna chyba nie będzie zadowolona.
- Janna się nie dowie. Spokojnie. Przecież to nie randka. Po prostu zapraszam koleżankę ze studiów na kawę. Widzisz w tym coś złego?
- No nie...
- No, to jesteśmy umówieni. - I tak po prostu wszedł i usiadł na swoim miejscu.
Uczyniłam to samo, ale w głowie cały czas miałam jego słowa.
- Coś ty tak długo gadała z Danny'm przed salą? O czym? - dopytywała się Nicole, kiedy skończyłyśmy lekcję.
- Zaprosił mnie na kawę.
- Co?!
- Ciszej! - warknęłam. - To, co słyszysz - dodałam obojętnie.
- Ale jak? A Janna?
Wzruszyłam ramionami.
- Powiedział, że Janna się o tym nie dowie i że nic złego nie robimy, bo on tylko zaprasza koleżankę ze studiów na kawę.
- A ty... zgodziłaś się, mam nadzieję?
- Nie dał mi wyboru. Jesteśmy umówieni po zajęciach.
- Dzisiaj?
Skinęłam głową.
Nicole zaklaskała, ciesząc się jak dziecko. Wywróciłam oczami i pokręciłam głową z politowaniem.
Kiedy szłam na ostatnie zajęcia, zobaczyłam Dana i Jannę, obejmujących się. Ona wieszała mu się na szyi, a on ją tulił. Zrobiło mi się przykro, a chwilę potem niedobrze. Cholera, pomyślałam. Tylko nie to. Chciałam iść do toalety, ale nie zdążyłam. Ostatnie, co mój umysł zakodował, to moje imię, krzyczane przez Danny'ego...
Obudziłam się w czyichś ramionach. Gdy otworzyłam oczy, zobaczyłam, że trzyma i próbuje ocucić mnie Dan.
- Hej - rzekł cicho i uśmiechnął się lekko.
- Co się stało? - Spróbowałam się podnieść, ale Danny mnie przytrzymał. Wtedy dostrzegłam, że on klękał, a ja leżałam częściowo na jego kolanach. Zarumieniłam się.
- Zemdlałaś - oświadczył. - Leż. Zaraz będzie karetka.
Co?
- Karetka? Po co? Nic mi nie jest. - Znów chciałam wstać.
- To właśnie trzeba sprawdzić. - Pociągnął moje z powrotem na swoje kolana.
W tym krótkim czasie, kiedy siedziałam, widziałam Jannę. Patrzyła na mnie z pogardą i już wiedziałam, że będę miała kłopoty. Westchnęłam w duchu.
- Molly, przestań udawać twardzielkę i daj sobie pomóc - nalegał blondyn.
- Nic mi nie jest - warknęłam, ale równie dobrze mogłabym nie strzępić sobie języka. Nic do niego nie docierało.
Zamknęłam oczy i czekałam, aż cała ta farsa się skończy. Jednak kiedy usłyszałam syrenę karetki, nie wytrzymałam. Nie jestem umierająca, do cholery! Zerwałam się na równe nogi tak szybko, że Danny nawet nie mógł zareagować. Wzięłam torbę i wyszłam przed uniwerek, mówiąc sanitariuszom, że to do mnie jadą. Popatrzyli na mnie i wyśmiali tego, który wzywał pogotowie. Mimo wszystko zaprosili mnie do ambulansu, poświęcili latareczką po oczach, a potem pojechali. Byłam wściekła na Danny'ego. Co to miało być? Prosił go ktoś o pomoc? Teraz na pewno doczepi się do mnie Janna. Cudownie!
Zapomniałam, że miałam iść do lekarza. Czułam się dobrze. Jedynie zła. Wróciłam do domu.
- Molly? - spytała mama, kiedy tylko przekroczyłam próg mieszkania.
- Tak - mruknęłam, kierując się do swojego pokoju. Rzuciłam się na łóżko i starałam się uspokoić. Udało mi się po upływie chyba pół godziny. Słuchałam muzyki, gdy znów zrobiło mi się niedobrze. Mam dość!
Po wszystkim udało mi się zasnąć. Obudził mnie dźwięk dzwoniącego telefonu. W dodatku numer nieznany.
- Halo? - mruknęłam sennie.
- Hej. Spałaś?
No nie.
- Tak.
- Przepraszam, że cię obudziłem. Jak się czujesz?
- Dobrze. - Mój ton w ogóle nie był miły.
- Molly - jęknął. - Porozmawiaj ze mną.
- Przecież rozmawiamy.
- A nie możemy tak, jak przez ostatnich kilka dni?
Wkurzyłam się.
- Po co narobiłeś takiej zadymy? Zemdlałam. Ot, wielkie mi co.
- Przestraszyłem się.
- To jeszcze nie powód, żeby stawiać na nogi całą służbę zdrowia! Karetka przyjechała na sygnale, a jak mnie zobaczyli, wyśmiali cię.
- Kretyni - mruknął i chyba myślał, że tego nie usłyszę.
Wzięłam kilka uspokajających oddechów.
- Dzwonisz w jakiejś konkretnej sprawie, czy tak tylko, żeby mnie wkurzać?
- Będziesz jutro na uczelni?
- Tak. - Rozłączyłam się.
Ale na uczelni mnie nie było. To znaczy szłam tam, owszem, ale nie doszłam. Za to wylądowałam w szpitalu.
Gdy obudziłam się na białej sali, młoda dziewczyna w białym kitlu podłączała mi kroplówkę.
- Przepraszam, co się stało? - wymamrotałam.
- Wreszcie się obudziłaś. - Uśmiechnęła się do mnie. - Jesteś w szpitalu. Zemdlałaś na ulicy. Potrzebujesz czegoś?
Pokręciłam głową.
- Zaraz przyjdzie do ciebie lekarz i powie ci, co ci jest.
Po tych słowach wyszła, zostawiając mnie w szoku. Zemdlałam? Znowu? Uch, niedobrze mi. Czuję się jak baba w ciąży. Tfu! Wypluj to, idiotko!
Po kilku minutach do pokoju faktycznie wszedł lekarz. Całkiem przystojny, nawiasem mówiąc.
- Dzień dobry. Ja nazywam się Magnus Carlsson - przedstawił się. - Jak się czujesz?
- Dobrze - rzekłam. - Mogę wrócić do domu?
- Wolałbym zatrzymać cię na dodatkowe badania.
- Jak to? Jestem na coś chora?
- Och, nie! Nie można tak tego nazwać - zaszczebiotał wesoło. Nawet nie wiedziałam, że faceci tak potrafią. - Jesteś w ciąży.
W tym momencie cały mój świat się zawalił. W oczach automatycznie pojawiły się łzy.
- Co...? Ale...
- Drugi tydzień. Gratuluję. - Uśmiechnął się i wyszedł.
Zostałam sama. To znaczy... z moim dzieckiem. Położyłam rękę na brzuchu.
To maleństwo jest owocem gwałtu i nie może się urodzić. Jeśli powiem mamie o tym, co się stało, załamie się. Ale też to nie jest wina tego biednego dziecka, że zostało spłodzone w taki sposób.
- Och, co ja mam z tobą zrobić? - szepnęłam do siebie, głaszcząc kciukiem brzuch przez bluzkę, a z oka potoczyła się samotna łza.
Po kilku minutach zadzwonił mój telefon. Odszukałam go i odebrałam, nie patrząc nawet na wyświetlacz.
- Halo?
- Molly! Wreszcie! - To była Nicole. - Co się z tobą dzieje? Gdzie jesteś?
- W szpitalu.
- Co się stało?
- Zemdlałam na ulicy. Nic...
- Znowu? Czekaj, zaraz u ciebie będziemy.
- Jak to "będziemy"?
Niki już mnie nie słuchała. Rozłączyła się. Westchnęłam i odłożyłam komórkę. Czekałam na "gości".
Że Nicole przyjedzie z Robinem mogłam się domyśleć, ale po jaką cholerę przytargali ze sobą Danny'ego?
Niki od razu mnie wyściskała.
- Co się stało, kochanie? - spytała.
Spojrzałam na chłopaków i Niki już wiedziała, o co mi chodzi. Pokazała im, że mają wyjść. Zrobili to.
- Po co go tutaj przyprowadziłaś? - warknęłam cicho.
- Zagroził nam! Powiedział, że albo bierzemy go ze sobą, albo on nakabluje dziekanowi, że tak po prostu wychodzimy z uczelni. A wiesz, że mieliśmy mieć dzisiaj kolokwium.
- Cholera, całkiem o tym zapomniałam.
- To teraz mało ważne. Mów, co się stało.
- Już mówiłam. Zemdlałam na ulicy.
- To wiem, ale dlaczego? To już nie są żarty.
- No, nie są - mruknęłam, a potem wzięłam głęboki wdech. - Jestem w ciąży.
Nicole zatkało, tak jak mnie, kiedy usłyszałam tę "diagnozę".
- Ale jak to? Przecież mówiłaś, że Eric się zabezpieczył.
- Bo tak było. Ale przecież obie dobrze wiemy, że prezerwatywy nie dają stuprocentowej pewności.
- Cholera. I co teraz?
Pokręciłam smutno głową.
- Nie mam pojęcia. I cholernie się boję. - Rozkleiłam się. Tak po prostu zaczęłam płakać.
Nicole mnie przytuliła i szeptała, że wszystko będzie dobrze i że mi pomoże.
Kiedy się uspokoiłam poszła pogadać z lekarzem, a jej miejsce zajął Danny.
- Jak się czujesz? - spytał, siadając na krześle obok mojego łóżka.
- Mam dość tego pytania.
- Nie dziwię ci się. - Oparł łokcie na kolanach, a na dłoniach brodę. - Ale mogłabyś odpowiedzieć.
Zaśmiałam się, na co blondyn się uśmiechnął.
- Czuję się... w porządku. Przynajmniej na razie nie wymiotuję.
- Wymiotowałaś też?
- Eee.. No, tak. Od kilku dni.
- Może ty w ciąży jesteś? - zaśmiał się.
Po mojej minie wyczuł, że jego żart był trafiony.
- Jesteś?
Nie odpowiedziałam. Poruszył się niespokojnie na krześle.
- Eric jest ojcem?
- To teraz nie jest ważne. Nie mogę go urodzić.
- Co ty gadasz?
- To, co słyszysz. Nie mogę urodzić tego dziecka.
- Dlaczego?
- Po prostu.
- To nie jest odpowiedź.
- Odwal się! To nie twoja sprawa!
Zamilkł. Zamknęłam oczy, żeby łzy, które wezbrały mi pod powiekami, nie wypłynęły.
- Przepraszam - mruknął. Westchnęłam i spuściłam wzrok. - Molly, martwię się o ciebie.
- Niepotrzebnie. Dam sobie radę - rzekłam smutno.
- Cholera, co ten kretyn ci zrobił?
- Wytłumacz mi coś. - Głos mi się lekko załamał, ale nie zwróciłam na to uwagi. - Przez całe studia traktowałeś mnie jak powietrze albo i gorzej. Powietrze jest nam potrzebne, a ja dla ciebie nie istniałam. Dlaczego teraz nagle się tak mną przejmujesz? Masz Jannę. Wróćmy do tego, co było i wszyscy będą zadowoleni. - Położyłam się na lewym boku, tyłem do niego.
Milczał, ale nie wyszedł. Czekałam, aż wyjdzie, bo chciałam spokojnie sobie popłakać. Niestety on nie miał zamiaru przekraczać próg mojej sali. W końcu wróciła Nicole.
- Coś ty jej zrobił? - spytała od razu, kucając przede mną.
- Ja? Zapytaj raczej, co Eric jej zrobił. - Po tych słowach wyszedł.
- Powiedziałaś mu?
Pokręciłam głową.
- Wygarnęłam, że przez całe studia mnie nie zauważał, więc niech nadal tak będzie.
- I co on na to?
- Nic. - Pociągnęłam nosem. - Milczał. Odezwał się dopiero teraz.
Niki usiadła na skraju łóżka i przytuliła mnie.
Kilka minut później przyszła ta sama pielęgniarka, która była tutaj, gdy się obudziłam. Prowadziła wózek inwalidzki, na którym kazała mi usiąść. Wzięła mnie na badania, w tym USG. Wtedy po raz pierwszy ujrzałam małą fasolkę, która zadomowiła się w moim brzuchu. I było mi jeszcze trudniej.
Kiedy wróciłam do pokoju, byłam w rozsypce. Nicole już nie było, bo gdy brali mnie na badania, pożegnała się i pojechała. Musiałam zadzwonić do mamy i skłamać, że jestem u Nicole i że zostaję u niej na noc. Później jeszcze uzgodniłam tę samą wersję z przyjaciółką. Wreszcie mogłam skupić się na swoim problemie.
Żadne rozwiązanie tej sprawy nie przychodziło mi do głowy. Wieczorem miałam dość wszystkiego. Bolała mnie głowa, byłam zmęczona i w dodatku co jakiś czas mnie mdliło. Nie wytrzymałam i po raz kolejny się rozpłakałam.
W pewnym momencie ktoś położył mi rękę na ramieniu. Myślałam, że to pielęgniarka lub lekarz. Obejrzałam się i, zamiast wydrzeć się na tę osobę, rzuciłam się jej na szyję, szlochając jeszcze bardziej.
- Cii, spokojnie. - Dan głaskał mnie po włosach i plecach. - Wszystko będzie dobrze.
- Nic nie będzie dobrze! - wyszlochałam. - On mnie zgwałcił! - Wiem, że nie powinnam tego mówić, ale nie byłam w stanie dłużej ukrywać przed nim tego, co zaszło między mną a Eric'iem.
Gdy trochę się uspokoiłam, opowiedziałam mu wszystko, co miało miejsce tamtej nocy. Słuchał uważnie, nie wypuszczając mnie z objęć nawet na chwilę. Kiedy skończyłam, miał zaciętą minę.
- Zgłosiłaś to na policję?
Pokręciłam głową.
- Molly.
- Co mam im powiedzieć? Przecież sama poszłam z nim do tego pieprzonego pokoju. - Znowu się rozpłakałam.
- Nie płacz. - Przytulił mnie. - Pomogę ci.
- Ciekawe jak - prychnęłam.
- W opiece nad dzieckiem.
Zaśmiałam się nerwowo.
- Jasne, weźmiemy ślub, ja urodzę nie twoje dziecko i będziemy żyć długo i szczęśliwie - prychnęłam, kręcąc głową.
Westchnął.
- W takim razie co chcesz zrobić? - spytał, zakładając ręce na klatce piersiowej.
- Jest tylko jedno wyjście - zaczęłam powoli. - Aborcja.
Danny wytrzeszczył oczy, a ja na samo to słowo zadrżałam.
Ze szpitala wypuścili mnie po dwóch dniach. Znowu musiałam okłamać mamę, mówiąc, że ja i Niki uczymy się do kolokwium, więc zaraz po zajęciach pójdę do niej i zostanę na noc. Na szczęście uwierzyła.
Przez cały pobyt w szpitalu zastanawiałam się, skąd zdobyć pieniądze na zabieg. Do głowy przychodził mi tylko jeden pomysł.
Kiedy miałam wychodzić, z receptą na witaminy w ręku, w progu sali stanął Danny. Uniosłam brew.
- Co ty tutaj robisz?
- Przyjechałem po ciebie.
Westchnęłam. Zaczęłam żałować, że powiedziałam mu, kiedy mnie wypisują.
Mimo wszystko zgodziłam się, żeby podwiózł mnie do domu. W czasie drogi niewiele się odzywałam.
- Mogę o coś zapytać? - Ciszę nagle przerwał blondyn.
- Tak.
- Czemu tak właściwie chcesz usunąć ciążę?
Westchnęłam. Spodziewałam się tego pytania wcześniej czy później.
- Nie chcę - przyznałam. - Ale muszę.
- Czemu?
- Moja mama nie wie o tym, co się stało i nie może się dowiedzieć. To by ją zabiło.
Saucedo skinął głową i o nic już nie pytał.
Po tym, jak zatrzymał auto pod moim blokiem, rzekłam:
- Dziękuję ci za wszystko. - Blondyn posłał mi delikatny uśmiech. - Chciałabym prosić cię o jeszcze jedną przysługę, choć wiem, że nie mam prawa cię o to prosić.
- Słucham.
Przygryzłam dolną wargę.
- Mógłbyś... pożyczyć mi kilka tysięcy? Obiecuję, że wszystko ci oddam! - dodałam szybko.
Chłopak westchnął.
- Chcesz wykonać zabieg w Szwecji?
- Nie. - Pokręciłam głową. - Muszę wyjechać.
- Rozumiem. - Czekałam, czy jeszcze coś doda. - W porządku. Pożyczę ci te pieniądze. Ale - uniósł jeden palec - pod jednym warunkiem.
- Jakim?
- Pojadę tam z tobą.
Zatkało mnie.
Nie miałam wyjścia. Musiałam zgodzić się na jego warunek. Inaczej wszystko byłoby do dupy. Jakby do tej pory nie było...
- Danny powiedział Jannie, że nasz wydział (Janna była na innym) jedzie na coś na wzór wycieczki. Mieliśmy podążać śladami słynnych szwedzkich muzyków. Po głębszym zastanowieniu postanowiłam, że to samo powiem mamie. Gdyby jakimś cudem się spotkały i zaczęły rozmawiać (co byłoby jeszcze większym cudem), będą znały tę samą wersję. Wszystko było idealnie obmyślone i nie mogło się nie udać.
Spotkaliśmy się kilka metrów dalej od mojego bloku, żeby nikt nie zobaczył, że wsiadam do samochodu Danny'ego.
- Jak się czujesz? - spytał, kiedy wsunęłam się na miejsce pasażera.
- Nie pytaj - mruknęłam, zapinając pas bezpieczeństwa.
Dan położył dłoń na mojej ręce, a potem ruszył.
Czułam się okropnie. W końcu jechałam zrobić coś, czego nie życzyłabym największemu wrogowi.
Laska, ty już nie żyjesz, kumasz?
OdpowiedzUsuńJaka ciąża, co!? Jaka aborcja!?
Danny, Molly i dzidzia... <3333
Dziękuję, dobranoc, tyle na temat. :D
Wiedziałam, że jest w ciąży !
OdpowiedzUsuńEjjj nie rób aborcji ;/ Dannis niech się zaopiekuje nią i dzieckiem i będzie git <3 Niech zmieni zdanie !!!!
Nie tylko nie to. Dan jak dasz jej to zrobić nie żyjesz. Czekam na nn :*
OdpowiedzUsuńBędzie tak,że Dann nie da jej tego zrobić i powiedzą matce Molly,że dzidzia jest jego. Prawda??? Innej wersji nie przyjmuje! Czekam na cd;**
OdpowiedzUsuń