17 września 2013

:.8.:



- Jesteś gotowa? – spytał Dan, parkując samochód.
- Na coś takiego można być gotowym? – Odpięłam pas bezpieczeństwa i opierając głowę o zagłówek, wzięłam głęboki oddech.
Danny położył dłoń na mojej i rzekł:
- Jeszcze możesz się wycofać.
Pokręciłam smutno głową.
- Nie mogę – rzekłam cicho. W gardle pojawiła mi się ogromna gula, która uniemożliwiała mi mówienie.
Wysiadłam z samochodu, a Danny zaraz za mną. Na drżących kolanach weszłam do budynku, w którym za chwilę moje dziecko straci szansę na beztroskie dzieciństwo, pierwsze zauroczenia, miłość. Na życie.
Recepcjonistka powiedziała nam, gdzie mamy się udać. Na moment stanęłam, niezdolna do jakiegokolwiek ruchu. Miałam ochotę zawrócić, wracać do domu i o wszystkim zapomnieć. Za dziewięć miesięcy urodziłabym i, choć byłabym samotną matką, może wszystko by się jakoś ułożyło. Ale nie mogłam. Musiałam doprowadzić sprawę do końca.
- Molly? - rzekł Dan z troską w głosie.
Pokręciłam tylko głową.
- Wszystko okej. Chodźmy.
Ruszyłam przed siebie szybkim krokiem, nawet nie patrząc zbytnio gdzie idę. Chciałam mieć to już za sobą. Danny dreptał za mną. Odezwał się dopiero wtedy, kiedy minęłam gabinet, w którym miałam mieć zabieg. Gdy się zatrzymałam, Danny wziął mnie w ramiona. Nawet nie wiedziałam, że cała drżę.
- Spokojnie, jestem z tobą. Wszystko będzie dobrze.
Szczerze? Gdybym była tam sama, zwariowałabym. Tylko dzięki niemu jeszcze stamtąd nie zwiałam, gdzie pieprz rośnie.
Odsunęłam się od niego i otarłam łzę.
- Chcesz, żebym wszedł tam z tobą? - spytał, patrząc mi w oczy.
- Nie. Ale dzięki. - Uśmiechnąłem się słabo.
Blondyn odprowadzał mnie wzrokiem, gdy wchodziłam do gabinetu.
Facet, który miał wykonać zabieg, bo nie wiem, czy można go nazwać lekarzem, już się przygotowywał. Nie miałam nawet chwili na przygotowanie się. Kiedy zobaczyłam te wszystkie narzędzia, zemdliło mnie. Ja nie chcę...
Jednak ostatnie, co pamiętam, to uśmiechnięta twarz Danny'ego. Tylko czemu akurat jego...?
Obudziłam się w jakimś małym, ale czystym pokoju. (nie wiem, czy przed zabiegiem usypiają, ale tak będzie xD). Niedaleko łóżka stał fotel, na którym siedział Danny. Patrzył na mnie, więc gdy otworzyłam oczy, podszedł i usiadł na skraju łóżka.
- Jak się czujesz?
Dobre pytanie...
- Jak morderca - odparłam po chwili milczenia.
Chłopak zmarkotniał, choć jeszcze przed chwilą uśmiechał się, starając się dodać mi otuchy. Milczał, patrząc na mnie.
- Nie patrz tak na mnie - poprosiłam, odwracając głowę.
- Jak?
- Ze współczuciem i litością. Nie potrzebuję tego.
Chłopak westchnął.
- Nie patrzę na ciebie z litością.
Spojrzałam na niego ze łzami w oczach.
- Nie płacz. - Otarł kciukiem przeźroczystą kropelkę, która zdążyła już wypłynąć.
Nie mogłam tego znieść. Chciałam odwrócić się na bok, ale gdy tylko się ruszyłam, syknęłam z bólu.
- Nie ruszaj się!
Ale ja nie słuchałam. Zakryłam dłońmi twarz i zaczęłam szlochać. Czułam się strasznie. Bolało mnie... wszystko. W dodatku wydawało mi się, że Danny patrzy teraz na mnie nie tylko z litością, ale też jak na... śmiecia. Głupią idiotkę, która zabiła własne dziecko, bo taki miała kaprys. I w pewnym sensie miałby rację...
Dan jakoś położył się koło mnie i przytulił tak, że nie musiałam zmieniać pozycji. Wtuliłam się w niego, a on głaskał mnie po włosach. Dodatkowo położył rękę na moim brzuchu i... masował. Co prawda to nie był taki ból, który można by było rozmasować, ale... To naprawdę mi pomogło. Dało mi jakiś taki wewnętrzny spokój.
Po jakimś czasie zasnęłam.

Kilka dni później...

Postanowiłam, że czas wracać. W klinice spędziłam dwie godziny, potem przenieśliśmy się do hotelu, choć nadal byłam słaba i obolała. Jeśli o mnie chodzi, mogłabym tam zostać już na zawsze. Nie uśmiechało mi się wracać, kiedy wiedziałam, co czeka mnie na uczelni. Nikt poza Nicole nie wiedział, że jadę usunąć ciążę i to w dodatku z Danny'm, ale mnie się wydawało, że wiedzą o tym wszyscy i teraz będą mnie wytykać palcami. Jak się okazało, niewiele się pomyliłam...
Od razu po powrocie czekała mnie konfrontacja z Janną. Gdy tylko weszliśmy na korytarz, dziewczyna podeszła do nas i strzeliła mi w twarz, krzycząc, że jestem kurwą. Oczywiście wszyscy zaczęli się na nas gapić. A ja… zwyczajnie miałam już wszystkiego dość. Zostałam zgwałcona, w wyniku czego zaszłam w ciążę, którą musiałam usunąć ze względu na matkę, którą ta wiadomość by zabiła. W dodatku kocham skrycie chłopaka, który ma dziewczynę, a ów dziewczyna wyzywa mnie od szmat. Chyba każdy się ze mną zgodzi, że to za dużo jak na studentkę muzyki, prawda?
Dlatego wtedy zagotowało się we mnie.
- Posłuchaj, paniusiu – zaczęłam, na co Janna zmrużyła oczy. – Nigdy więcej tak do mnie nie mów, rozumiesz? Za kogo ty się uważasz, co? Myślisz, że jak chodzisz z Danny’m Saucedo, to wszystko ci wolno? Że możesz pomiatać ludźmi jak rzeczami? – Janna otwierała usta, żeby coś powiedzieć, ale nie dopuściłam jej do głosu. – Milcz! – rozkazałam. – Wbij sobie do tej tępej główki, że ludzie to nie rzeczy! Danny też! Zachowujesz się, jakby był twoją własnością, a czy choć przez chwilę pomyślałaś, jak on się czuje? Może on chciałby czasem się z kimś spotkać, a nie tylko z tobą?
Patrzyłam, jak jej twarz aż czerwienieje ze złości i czekałam na jej reakcję.
Długo czekać nie musiałam.
Wokół panowała cisza, gdy Janna ryknęła niczym wściekłe zwierzę i rzuciła się na mnie. Zaczęłyśmy się szarpać. Musieli nas rozdzielać, bo byśmy sobie powyrywały włosy i pewnie na tym by się nie skończyło. Danny, który przez cały ten czas stał koło mnie i przyglądał się, jak pouczam Jannę, chwycił mnie w pasie i próbował odciągnąć od brunetki. Ją za to złapał Mattias.
- Zabierz ją stąd! – Dan próbował przekrzyczeć nasze wrzaski, zwracając się do przyjaciela. Ten skinął głową i z niemałym trudem zaciągnął gdzieś dziewczynę. Danny odwrócił mnie przodem do siebie i delikatnie potrząsnął. – Uspokój się!
Spojrzałam na niego z furią w oczach, jednak zaraz ta złość zmieniła się w smutek.
- Przepraszam – powiedziałam cicho.
- Za co? – Widać było, że naprawdę nie rozumie.
- To twoja dziewczyna. Nie powinnam była mówić tego wszystkiego i wtrącać się w wasze sprawy.
- Daj spokój. Dobrze jej nagadałaś. Należało jej się.
Zmarszczyłam brwi. Wszyscy wiedzieli, jaka jest Janna, ale myślałam, że Dan będzie jej bronił. Dziwny ten związek…
Skinęłam niemrawo głową i odeszłam. Odnalazłam Nicole.
- To było ekstra! – pisnęła moja przyjaciółka. – Dobrze jej powiedziałaś.
- Słyszałaś? – spytałam, na co dziewczyna skinęła głową. – Mogłaś mi pomóc.
- Po co? Świetnie sobie poradziłaś. – Wyszczerzyła się.
Wywróciłam oczami.
Po pierwszych zajęciach Nicole mi gdzieś zniknęła. Łaziłam po korytarzu i myślałam nad swoim życiem. Czy kiedyś jeszcze zaznam szczęścia?
W pewnym momencie postanowiłam wyjść przed uniwerek. Za jego budynkiem stała ławeczka, na której studenci czasem siadali i żalili się między sobą na wymagania profesorów. Jeśli ktoś kiedykolwiek myślał, że życie studenta to sielanka i wieczne imprezy, to był w błędzie. Trzeba też zakuwać i to ostro.
Nagle zobaczyłam kłócącą się parę, której szczerze mówiąc, miałam po dziurki w nosie. Jednak moje ciało bez mojej kontroli podniosło się z ławki, a nogi same poprowadziły mnie bliżej Danny’ego i Janny. Schowałam się za drzewem i słuchałam, o czym „rozmawiają”.
- Ona przechodzi teraz trudny okres! – krzyczał Dan, patrząc wściekle na Jannę.
- Ciekawe, skąd TY o tym wiesz!
- Nie jesteś aż tak głupia, żeby nie wiedzieć -  warknął, a mnie o mało oczy nie wyskoczyły z orbit.
Jannę zatkało, jednak nie na długo.
- Aha, więc byłeś z nią!
- Tak, byłem z nią! – wrzasnął tak, że aż podskoczyłam. – I wiesz co? Zrobiłbym to jeszcze raz, gdyby trzeba było.
Zapadła cisza. Jannę znowu zatkało. Mnie zresztą też.
- To nie ma sensu – rzekła Janna i ruszyła w stronę uniwersytetu.
- Masz rację, to nie ma sensu – rzucił Danny. – Nasz związek nie ma sensu.
Znów zapadła cisza. Wszystkiego bym się wtedy spodziewała, ale nie tego.
- Ty… Ty zrywasz ze mną?
- Nazwij to jak chcesz. – I odszedł.
Ja zrobiłam to samo, będąc w głębokim szoku.

Dwa tygodnie później…

Zbliżał się czas wiosennego balu. Wszyscy czekali na to wydarzenie i byli bardzo podnieceni. Wszyscy, z wyjątkiem mnie. Choć po stracie dziecka czułam się lepiej i nieco częściej uśmiechałam, nadal nie miałam ochoty na imprezy czy bale. Zresztą, z kim miałam na ten bal iść? Wszyscy mieli już parę.
Tydzień przed ów balem podszedł do mnie Danny. Zdziwiłam się, bo miałam wrażenie, że mnie unika.
- Hej – rzucił z uśmiechem.
- Cześć. – Również się uśmiechnęłam.
- Jak się czujesz?
- Lepiej, dzięki. – Znów się lekko uśmiechnęłam.
- Uśmiechasz się. To dobry znak.
- Powoli dochodzę do siebie.
Danny przestąpił z nogi na nogę.
- Słuchaj… - zaczął niepewnie. – Ta kawa nam nie wyszła… Może pójdziesz ze mną na bal?
Zatkało mnie. Otworzyłam szeroko oczy. Po sekundzie Dan zamknął mi usta, które, nie wiadomo kiedy, również rozdziawiłam. Chrząknęłam.
- Nie jestem pewna, czy to dobry pomysł.
- Dlaczego?
- Co na to Janna? – spytałam, udając, że nie wiem o ich rozstaniu. Tak naprawdę wiedziała o tym połowa uniwersytety, o ile nie cały.
- Janna? A co ma do tego Janna? – Był szczerze zdziwiony. Marszczył brwi tak mocno, że utworzyła się z nich jedna linia.
Tylko co ja miałam na to odpowiedzieć?
- Przecież jesteście parą. To z nią powinieneś iść na bal.
Dan roześmiał się w głos.
- Jesteś niesamowita – rzekł ze śmiechem. – Zerwałem z Janną. Nie wierzę, że o tym nie wiesz. Cały uniwerek o tym mówi!
- Nie interesuję się plotkami.
- Tym razem to nie plotki.
Wzruszyłam ramionami.
- To jak? Co z tym balem? – spytał ponownie.
Zastanowiłam się chwilę. W sumie… To by była idealna okazja na utarcie Jannie nosa.
- Zgoda – powiedziałam. – Pójdę z tobą.
Chłopak uśmiechnął się szeroko i cmoknął mnie w policzek, mówiąc:
- Doskonale. – Po czym odszedł.
A ja… nie mogłam powstrzymać uśmiechu.
- Co ci tak wesoło? – Ni stąd, ni zowąd koło mnie pojawiła się Niki.
- Idę na bal – powiedziałam, szczerząc się, jakby to miało wszystko wyjaśnić.
- Jednak? – zdziwiła się.
No tak. Do tej pory podtrzymywałam, że nie mam ochoty iść i nie pójdę.
Skinęłam głową.
- Zaraz… A z kim?
- Z Danny’m.
I odeszłam, zostawiając przyjaciółkę w osłupieniu. Szłam, kręcąc biodrami i uśmiechając się sama do siebie. Koniec ze smutkami i użalaniem się nad sobą. Do gry wkracza nowa Molly.
Nicole zaciągnęła mnie na zakupy, choć powinnyśmy być jeszcze na zajęciach. Mówiłam już, że kocham tę wariatkę?

Tydzień później…

W przygotowaniach na bal pomogła mi mama. Bardzo się ucieszyła, gdy jej o nim powiedziałam. Stwierdziła, że to dobrze, że się trochę rozerwę i że powinnam to robić częściej. Żeby to było takie proste…
Tak więc kiedy ja się kąpałam, mama prasowała moją sukienkę, żeby było szybciej. Makijaż i fryzurę zrobiłam sobie jeszcze w szlafroku, żeby nie pobrudzić i nie pognieść kreacji, w którą wskoczyłam zaraz potem, prosząc mamę o pomoc przy zapięciu. Gdy się odwróciłam, mama miała łzy w oczach.
- Mamuś, co się stało?
Mama uśmiechnęła się przez łzy.
- Jesteś taka piękna. – Pogłaskała mnie po policzku. – Podobna do ojca.
- Mamo… - mruknęłam. W oczach stanęły mi łzy.
- Przepraszam! – powiedziała szybko. – Ty nie możesz się dzisiaj smucić. Twój chłopak padnie, gdy cię zobaczy.
- Nie… - zaczęłam, ale zamilkłam, kiedy mama wzięła mnie w ramiona i mocno przytuliła.
Nagle rozległ się dzwonek do drzwi. Odsunęłam się od mamy i powiedziałam:
- To pewnie Danny. Otworzysz? Ja pójdę po torebkę.
Mama skinęła głową i uśmiechnęła się. Pobiegłam do swojego pokoju, włożyłam buty na obcasie, które stały koło szafy i wzięłam małą podręczną torebkę, do której wcześniej włożyłam komórkę i kilka kosmetyków. Rzuciłam ostatni raz okiem w lustro, oceniając swój wygląd. Nie było źle. Zgasiłam światło i wyszłam z pokoju. Jak się okazało, Danny był w kuchni z moją mamą. Gdy tam weszłam, szczęka mu opadła. Cóż, w końcu moja sukienka to nie byle jaki łaszek:


Fryzurę miałam taką:


On za to, w czarnym garniturze, bez muchy i krawata, z odpiętym jednym guzikiem pod szyją, wyglądał zabójczo. Kolana mi zmiękły, a mięsnie podbrzusza zacisnęły się boleśnie, gdy powoli ruszył w moją stronę, pożerając mnie wzrokiem. To było takie… seksowne.
- Cześć – powiedziałam, kiedy stanął tuż przede mną.
- Hej – mruknął nieprzytomnie. Dosłownie nie mógł oderwać ode mnie wzroku. Dopiero kiedy się delikatnie uśmiechnęłam, odchrząknął i rzekł: - Wyglądasz… zjawiskowo.
- Dziękuję – odparłam, czując, że się rumienię. – Ty też… całkiem, całkiem.
Uśmiechnął się.
Danny pomógł mi założyć płaszcz, pożegnaliśmy się z mamą i wyszliśmy. Jak się okazało, na dole czekała na nas… limuzyna. Blondyn pomógł mi do niej wsiąść, po czym sam zajął miejsce obok mnie. Przez całą drogę, co jakiś czas, czułam na sobie jego wzrok, choć patrzyłam w boczną szybę.
Limuzyna podwiozła nas prawie pod same drzwi naszego uniwersytetu. Wszystkie bale odbywały się tam. Niby fajnie. Gorzej, jak trzeba potem wszystko sprzątać.
Danny wysiadł i podał mi dłoń jak prawdziwy dżentelmen. Czułam się jak w bajce lub filmie. Miałam nadzieję, że reszta wieczoru też będzie taka magiczna.
Poszliśmy do szatni, by zdjąć wierzchnie ubranie, czyli płaszcze, po czym udaliśmy się na salę, gdzie panował już gwar. Chyba przybyliśmy jako ostatni, ale co tam. Zajęliśmy miejsca przy stoliku, a Dan przyniósł coś do picia. Piliśmy i rozmawialiśmy, co jakiś czas się śmiejąc. W pewnym momencie weszliśmy na temat Janny. Dan opowiadał o początkach ich związku, które były wprost sielanką. Serce mi się ściskało, ale pokornie słuchałam.
- Mogę o coś spytać? – odezwałam się w końcu.
- Jasne. Wal.
- Dlaczego z nią zerwałeś?
Widziałam, że zaskoczyłam go tym pytaniem, ale mimo to miałam nadzieję, że odpowie. Wydawało mi się, że tęskni za czasami, kiedy byli w tym związku szczęśliwi i spełnieni. Może dałoby się to jeszcze naprawić…
- Bo zdałem sobie sprawę, że jestem z nieodpowiednią dziewczyną – rzekł, patrząc mi głęboko w oczy. Na każdym stoliku stała świeca, więc w jego szaro-niebieskich tęczówkach odbijały się płomienie. Wtedy chyba zakochałam się w nim jeszcze bardziej.
DJ włączył jakąś wolną piosenkę. Danny wstał, stanął obok i wyciągając dłoń w moją stronę, zapytał:
- Zatańczysz ze mną?
Byłam w stanie tylko się uśmiechnąć i skinąć głową. Chwyciłam jego dłoń, a potem razem wtopiliśmy się w tłum na parkiecie. Zarzuciłam blondynowi ręce na szyję, a on objął mnie w talii. Bujaliśmy się we własnym rytmie, patrząc sobie w oczy, a ja miałam wrażenie, że jest to rytm naszych serc. Nagle Dan zdjął jedną dłoń z moich pleców i zewnętrzną jej częścią, gładził mój policzek. Gdy zaczął powoli zbliżać swoją twarz do mojej, czułam, jak w brzuchu budzi mi się stado motyli. Przymknęłam oczy, czekając na chwilę, której pragnęłam od kilku lat, jednak wtedy na sali zrobiło się zamieszanie…

11 września 2013

:.7.:



Stałam na korytarzu i próbowałam dodzwonić się do Molly, kiedy podszedł do mnie Erik.
- Cześć - rzucił, opierając się ramieniem o ścianę, a ja westchnęłam.
- Cześć. - Schowałam telefon do torby i poprawiłam ją.
Brunet rozejrzał się dookoła, jakby kogoś szukał.
- A gdzież to twoja psiapsiółka?
O nie. Wiedziałam, że wcześniej czy później ktoś będzie pytał o Molly. Nie było jej - a właściwie ich - już trzy dni. Dokładnie tyle też nie miałam od nich żadnej informacji. Zadzwonili, kiedy dojechali i od tej pory cisza. Odpowiedź na to była tylko jedna - Molly zrobiła to, co chciała zrobić i teraz czuje się podle, więc nie chce z nikim rozmawiać. Chociaż miałam szczerą nadzieję, że Danny odwiedzie ją od tego pomysłu. Może w ostatniej chwili, ale jednak.
- A co? Chcesz, żeby zrobiła za ciebie jakąś prezentację?
Zdarzało się, że moja przyjaciółka robiła zadania komuś, kto wyjątkowo nie rozumiał, o co chodzi w danym temacie. Ot, z dobrego serca. A Erik to raczej typ cwaniaczka, który studiuje tylko po to, żeby wyrywać co dzień inne laski. Choć zawsze się wściekałam na Robina, gdy tak mówił, taka niestety była prawda. Nawet jeśli ja chciałam ślepo wierzyć, że jest inaczej, teraz mi się to przydało. Chciałam sprawić, by sobie poszedł.
Ale on tylko uśmiechnął się ironicznie.
- Nie wiedziałem, że jesteś taka wyszczekana - rzekł, po czym nachylił się nad moim uchem. Próbowałam nie zwracać na to uwagi, lecz mimo to przeszły mnie dreszcze. - Uważaj. Ja też potrafię być nieprzyjemny.
- Grozisz mi? - szepnęłam groźnie. A przynajmniej tak miało być.
Znów się uśmiechnął, pokręcił głową i odsunął.
- Danny'ego nie ma tyle samo, co twojej kumpeli. Cóż za zbieg okoliczności! - Zadrżałam. - Jak myślisz? Jak zareaguje Janna, gdy doda dwa do dwóch? Jaki wynik jej wyjdzie?
- Cóż - zaczęłam powoli. - Nie wiem, jak dobra jest w dodawaniu.
Erik roześmiał się głośno, odchylając głowę do tyłu.
- Och, jesteś rozkoszna - rzucił rozbawiony.
Uśmiechnęłam się słodko. Czekałam na kolejny jego atak, ale się nie doczekałam. Po raz kolejny pokręcił głową, uśmiechnął się i poszedł. Wypuściłam głośno powietrze, które, nie wiem nawet od kiedy, wstrzymywałam.
Wyciągnęłam szybko telefon i wybrałam numer Danny'ego, który wyłudziłam od jego kumpla Mattiasa pod pretekstem, że mam jego książkę i chciałam zapytać, kiedy będę mogła mu ją oddać. Matte na początku mi nie wierzył i patrzył sceptycznie, ale w końcu się poddał i podał mi numer blondyna.
Danny odebrał po dwóch sygnałach.
- Halo?
- Hej! Tu Nicole, przyjaciółka Molly.
Chłopak westchnął.
- Spodziewałem się, że zadzwonisz.
- Jak ona się czuje?
- Nie jest z nią najlepiej.
- Czyli...
- Tak.
W oczach stanęły mi łzy. Chrząknęłam cicho.
- Kiedy wracacie?
- Myślę, że za dzień, dwa. Musi dojść do siebie.
Przez chwilę milczałam.
- Uściskaj ją ode mnie, okej?
- Jasne. Cześć. - Rozłączył się.
Schowałam komórkę i poszłam na zajęcia, ponieważ właśnie rozbrzmiał dzwonek.
Za każdym razem, gdy Erik zjawiał się w pobliżu, starałam się na niego nie patrzeć, za to on patrzył na mnie, jakby chciał odgadnąć moje myśli. To było krępujące i denerwujące. W końcu pokazałam mu fucka. Raczej nie był tym zachwycony.  A mnie to niewiele obchodziło.
Źle się czułam z tym, co zrobiła moja przyjaciółka. Przecież pomogłabym jej w opiece nad dzieckiem. Jestem pewna, że znalazłaby kogoś, kto pokochałby ją i to maleństwo, które nie powinno tak skończyć. Miało prawo żyć. Rozumiem, że bała się powiedzieć mamie, że zgwałcił ją kolega ze studiów i w dodatku jest z nim w ciąży. To prawda, że jej mama już wiele przeżyła i to mogłoby być dla niej ciosem prosto w serce. Molly jest teraz jej oczkiem w głowie. Odkąd, kilka lat temu, w wypadku samochodowym, zginął ojciec Molly i jej młodszy brat, jej matka bardzo się o nią martwi. Molly stara się nie dawać mamie powodów do zmartwień. Nie włóczy się po mieście, jak niektóre dziewczyny w naszym wieku, stara się wracać do domu zaraz po zajęciach. Dlatego postanowiła usunąć ciążę, zamiast powiedzieć mamie, że została zgwałcona. Wolała sama cierpieć, niż skazać na dodatkowe cierpienia swoją matkę. Rozumiem, ale mimo wszystko uważam, że postąpiła co najmniej głupio.
Oczywiście próbowałam ją przekonać, żeby tego nie robiła, ale na nic były moje błagania. Ona już postanowiła. A jak Molly Sandén sobie coś postanowi, to tak zrobi. Czasem nie wiem, czy to zaleta, czy wada.
Nie potrafiłam się na niczym skupić. Cały czas myślałam o Molly. Jak ona się czuje? Jak sobie radzi? Jak dogaduje się z Danny'm? Bardzo jej pomógł, to pewne, tylko co dalej? Molly wzdycha do niego od początku studiów, podobnie jak ja do Erika, i boję się, że jeśli teraz on będzie udawał, że jej nie zna, ona zwyczajnie się załamie. Jest silna, owszem, ale wszystko ma swoje granice. Gdyby mnie spotkało to, co ją, chyba coś bym sobie zrobiła. Boże...
Erik jeszcze kilka razy próbował mnie zaczepić, ale ja skutecznie go ignorowałam. Tak, jak on mnie po tym wieczorze, kiedy odwiózł mnie do domu z Gondolen. Chciałam z nim pogadać i podziękować, a on mnie unikał. No, z wyjątkiem tego, kiedy celowo wkurzył Robina. Do tej pory nie rozgryzłam, o co mu chodziło. To było... dziwne. I coś w środku mówiło mi, że nie chcę poznać powodu jego zachowania.
Dwa dni po tym, jak rozmawiałam z Danny'm, podeszła do mnie Janna. Szczerze? Trzymałam się na uboczu ze względu na nią i Erika. Cholera wie, czy mówił poważnie, czy blefował, ale wiedziałam, że takiej pustej lali jak Janna nie było wiele trzeba, by ubzdurać sobie coś w tym małym, ptasim móżdżku.
- Gdzie ta mała szmata? - syknęła mi w twarz.
- Kogo mianujesz swoim mianem?
- Nie udawaj głupszej niż jesteś! - warknęła. - Gdzie ta siksa, z którą się "przyjaźnisz"? - zapytała, robiąc cudzysłów palcami.
- Mówisz o Molly?
- Gadaj!
- Po co te nerwy? - Wywróciłam oczami. - Nie wiem, gdzie jest Molly. Może sama jej zapytaj?
Janna skrzywiła się, warknęła coś pod nosem i miała już odchodzić, gdy na korytarzu pojawiła się dosyć nietypowa para - Molly i Danny. Brunetka była przybita i smutna, co było widać gołym okiem, a blondyn miał zmartwioną minę. Trzymał rękę na jej plecach, zapewne by dodać jej otuchy. Jednak to na nic się nie zdało, kiedy Janna podeszła do niej i bez słowa ją spoliczkowała, zanim dziewczyna zdążyła w ogóle otworzyć usta, żeby coś powiedzieć.
- Jesteś zwykłą kurwą! - rozdarła się Janna na cały korytarz, zwracając tym uwagę wszystkich dookoła.
Wtedy w Molly coś pękło...

8 września 2013

:.6.:

- Córeczko, wszystko w porządku? - usłyszałam głos matki zza drzwi łazienki.
Od kilku dni nic nie było w porządku. Praktycznie wszystko, co zjadałam, od razu ze mnie wylatywało. Najgorzej było rano, tak jak teraz.
- Tak - odparłam słabo, kiedy torsje przestały mną szarpać.
Spuściłam wodę, po czym przemyłam twarz. Moje odbicie w lustrze straszyło. Włosy rozczochrane, twarz blada. Słowem: istna masakra. Postanowiłam, że skoro już jestem w łazience, to wezmę prysznic i doprowadzę się do porządku.
Kiedy po kilkunastu minutach wyszłam z łazienki, mama była w kuchni i robiła jajecznicę. Uśmiechnęła się do mnie, ale ja nie byłam w stanie tego odwzajemnić. Wymamrotałam, że muszę iść, chwyciłam torbę i wybiegłam z domu, biorąc głębokie oddechy, żeby znowu nie zwymiotować. Miałam dość. Obiecałam sobie, że po zajęciach pójdę do lekarza. Byłam pewna, że to tylko zatrucie, ale jak na zwykłe zatrucie, coś za długo to trwało...
Na uczelnię poszłam pieszo. Na samą myśl o jeździe tramwajem czy nawet samochodem robiło mi się niedobrze.
Od razu po wejściu na uniwersytet doszła do mnie Nicole. Patrzyła na mnie jak na ducha.
- Dobrze się czujesz? - zapytała troskliwie.
Wcześniej mdłości przechodziły zanim miałam styczność z ludźmi, więc nikt nawet o nich nie wiedział. Z wyjątkiem mamy. Wystarczyło, że ona się martwi. Nicole nie musiała.
- Strułam się czymś. Cały ranek wymiotowałam.
- Byłaś u lekarza?
Pokręciłam głową.
- Pójdę po zajęciach. - Uśmiechnęłam się delikatnie.
Po pierwszych zajęciach na korytarzu zaczepił mnie Danny. Od tej afery z Eric'iem często rozmawialiśmy. Oczywiście tylko wtedy, kiedy nie było w pobliżu Janny.
- Dobrze się czujesz? - spytał na wstępie.
Westchnęłam.
- Wszyscy mnie dziś o to pytają - rzekłam cicho. - Tak, wszystko ok - dodałam. Taka była prawda. Czułam się o niebo lepiej niż rano, choć nadal byłam blada. Przynajmniej już nie wymiotowałam, a to znacznie ułatwiało życie.
- Co słychać? - spytał. - Poza tym, że wtapiasz się w ściany.
Zaśmiałam się cicho.
- Od wczoraj raczej niewiele się zmieniło - odparłam, na co blondyn tylko się uśmiechnął. - A co u Janny?
Niewiele mnie to obchodziło, ale cóż. Zapytałam z grzeczności.
- Chyba dobrze - mruknął.
- Chyba?
Dan wzruszył ramionami. Postanowiłam nie drążyć tego tematu. Widziałam, że on nie chce o tym gadać.
Tylko że między nami zapanowała krępująca cisza, a ja nie wiedziałam, jak temu zaradzić. Wybawił nas dzwonek na kolejne zajęcia. Ruszyliśmy do sali.
- Wiesz, tak sobie pomyślałem... - Urwał.
- Tak? - ponagliłam go, bo staliśmy już przed salą, a ja dodatkowo widziałam zmierzającego ku nam profesora.
- Może poszłabyś ze mną na kawę po zajęciach?
Zatkało mnie. Czy on mi proponował... Nie, to niemożliwe. Przecież ma Jannę.
- Przeszkadzam państwu? - zapytał profesor, który właśnie pojawił się koło nas. Już chciałam przeprosić i wejść na salę, kiedy Danny rzekł oschle:
- Zaraz przyjdziemy.
Otworzyłam szerzej oczy. Profesor minął nas i wszedł do auli.
- To jak? - upomniał Dan, zamykając mi usta. Nawet nie wiedziałam, że je otworzyłam. W oczach blondyna tańczyło rozbawienie.
Potrząsnęłam lekko głową, by wybudzić się z transu.
- Janna chyba nie będzie zadowolona.
- Janna się nie dowie. Spokojnie. Przecież to nie randka. Po prostu zapraszam koleżankę ze studiów na kawę. Widzisz w tym coś złego?
- No nie...
- No, to jesteśmy umówieni. - I tak po prostu wszedł i usiadł na swoim miejscu.
Uczyniłam to samo, ale w głowie cały czas miałam jego słowa.
- Coś ty tak długo gadała z Danny'm przed salą? O czym? - dopytywała się Nicole, kiedy skończyłyśmy lekcję.
- Zaprosił mnie na kawę.
- Co?!
- Ciszej! - warknęłam. - To, co słyszysz - dodałam obojętnie.
- Ale jak? A Janna?
Wzruszyłam ramionami.
- Powiedział, że Janna się o tym nie dowie i że nic złego nie robimy, bo on tylko zaprasza koleżankę ze studiów na kawę.
- A ty... zgodziłaś się, mam nadzieję?
- Nie dał mi wyboru. Jesteśmy umówieni po zajęciach.
- Dzisiaj?
Skinęłam głową.
Nicole zaklaskała, ciesząc się jak dziecko. Wywróciłam oczami i pokręciłam głową z politowaniem.
Kiedy szłam na ostatnie zajęcia, zobaczyłam Dana i Jannę, obejmujących się. Ona wieszała mu się na szyi, a on ją tulił. Zrobiło mi się przykro, a chwilę potem niedobrze. Cholera, pomyślałam. Tylko nie to. Chciałam iść do toalety, ale nie zdążyłam. Ostatnie, co mój umysł zakodował, to moje imię, krzyczane przez Danny'ego...
Obudziłam się w czyichś ramionach. Gdy otworzyłam oczy, zobaczyłam, że trzyma i próbuje ocucić mnie Dan.
- Hej - rzekł cicho i uśmiechnął się lekko.
- Co się stało? - Spróbowałam się podnieść, ale Danny mnie przytrzymał. Wtedy dostrzegłam, że on klękał, a ja leżałam częściowo na jego kolanach. Zarumieniłam się.
- Zemdlałaś - oświadczył. - Leż. Zaraz będzie karetka.
Co?
- Karetka? Po co? Nic mi nie jest. - Znów chciałam wstać.
- To właśnie trzeba sprawdzić. - Pociągnął moje z powrotem na swoje kolana.
W tym krótkim czasie, kiedy siedziałam, widziałam Jannę. Patrzyła na mnie z pogardą i już wiedziałam, że będę miała kłopoty. Westchnęłam w duchu.
- Molly, przestań udawać twardzielkę i daj sobie pomóc - nalegał blondyn.
- Nic mi nie jest - warknęłam, ale równie dobrze mogłabym nie strzępić sobie języka. Nic do niego nie docierało.
Zamknęłam oczy i czekałam, aż cała ta farsa się skończy. Jednak kiedy usłyszałam syrenę karetki, nie wytrzymałam. Nie jestem umierająca, do cholery! Zerwałam się na równe nogi tak szybko, że Danny nawet nie mógł zareagować. Wzięłam torbę i wyszłam przed uniwerek, mówiąc sanitariuszom, że to do mnie jadą. Popatrzyli na mnie i wyśmiali tego, który wzywał pogotowie. Mimo wszystko zaprosili mnie do ambulansu, poświęcili latareczką po oczach, a potem pojechali. Byłam wściekła na Danny'ego. Co to miało być? Prosił go ktoś o pomoc? Teraz na pewno doczepi się do mnie Janna. Cudownie!
Zapomniałam, że miałam iść do lekarza. Czułam się dobrze. Jedynie zła. Wróciłam do domu.
- Molly? - spytała mama, kiedy tylko przekroczyłam próg mieszkania.
- Tak - mruknęłam, kierując się do swojego pokoju. Rzuciłam się na łóżko i starałam się uspokoić. Udało mi się po upływie chyba pół godziny. Słuchałam muzyki, gdy znów zrobiło mi się niedobrze. Mam dość!
Po wszystkim udało mi się zasnąć. Obudził mnie dźwięk dzwoniącego telefonu. W dodatku numer nieznany.
- Halo? - mruknęłam sennie.
- Hej. Spałaś?
No nie.
- Tak.
- Przepraszam, że cię obudziłem. Jak się czujesz?
- Dobrze. - Mój ton w ogóle nie był miły.
- Molly - jęknął. - Porozmawiaj ze mną.
- Przecież rozmawiamy.
- A nie możemy tak, jak przez ostatnich kilka dni?
Wkurzyłam się.
- Po co narobiłeś takiej zadymy? Zemdlałam. Ot, wielkie mi co.
- Przestraszyłem się.
- To jeszcze nie powód, żeby stawiać na nogi całą służbę zdrowia! Karetka przyjechała na sygnale, a jak mnie zobaczyli, wyśmiali cię.
- Kretyni - mruknął i chyba myślał, że tego nie usłyszę.
Wzięłam kilka uspokajających oddechów.
- Dzwonisz w jakiejś konkretnej sprawie, czy tak tylko, żeby mnie wkurzać?
- Będziesz jutro na uczelni?
- Tak. - Rozłączyłam się.
Ale na uczelni mnie nie było. To znaczy szłam tam, owszem, ale nie doszłam. Za to wylądowałam w szpitalu.
Gdy obudziłam się na białej sali, młoda dziewczyna w białym kitlu podłączała mi kroplówkę.
- Przepraszam, co się stało? - wymamrotałam.
- Wreszcie się obudziłaś. - Uśmiechnęła się do mnie. - Jesteś w szpitalu. Zemdlałaś na ulicy. Potrzebujesz czegoś?
Pokręciłam głową.
- Zaraz przyjdzie do ciebie lekarz i powie ci, co ci jest.
Po tych słowach wyszła, zostawiając mnie w szoku. Zemdlałam? Znowu? Uch, niedobrze mi. Czuję się jak baba w ciąży. Tfu! Wypluj to, idiotko!
Po kilku minutach do pokoju faktycznie wszedł lekarz. Całkiem przystojny, nawiasem mówiąc.
- Dzień dobry. Ja nazywam się Magnus Carlsson - przedstawił się. - Jak się czujesz?
- Dobrze - rzekłam. - Mogę wrócić do domu?
- Wolałbym zatrzymać cię na dodatkowe badania.
- Jak to? Jestem na coś chora?
- Och, nie! Nie można tak tego nazwać - zaszczebiotał wesoło. Nawet nie wiedziałam, że faceci tak potrafią. - Jesteś w ciąży.
W tym momencie cały mój świat się zawalił. W oczach automatycznie pojawiły się łzy.
- Co...? Ale...
- Drugi tydzień. Gratuluję. - Uśmiechnął się i wyszedł.
Zostałam sama. To znaczy... z moim dzieckiem. Położyłam rękę na brzuchu.
To maleństwo jest owocem gwałtu i nie może się urodzić. Jeśli powiem mamie o tym, co się stało, załamie się. Ale też to nie jest wina tego biednego dziecka, że zostało spłodzone w taki sposób.
- Och, co ja mam z tobą zrobić? - szepnęłam do siebie, głaszcząc kciukiem brzuch przez bluzkę, a z oka potoczyła się samotna łza.
Po kilku minutach zadzwonił mój telefon. Odszukałam go i odebrałam, nie patrząc nawet na wyświetlacz.
- Halo?
- Molly! Wreszcie! - To była Nicole. - Co się z tobą dzieje? Gdzie jesteś?
- W szpitalu.
- Co się stało?
- Zemdlałam na ulicy. Nic...
- Znowu? Czekaj, zaraz u ciebie będziemy.
- Jak to "będziemy"?
Niki już mnie nie słuchała. Rozłączyła się. Westchnęłam i odłożyłam komórkę. Czekałam na "gości".
Że Nicole przyjedzie z Robinem mogłam się domyśleć, ale po jaką cholerę przytargali ze sobą Danny'ego?
Niki od razu mnie wyściskała.
- Co się stało, kochanie? - spytała.
Spojrzałam na chłopaków i Niki już wiedziała, o co mi chodzi. Pokazała im, że mają wyjść. Zrobili to.
- Po co go tutaj przyprowadziłaś? - warknęłam cicho.
- Zagroził nam! Powiedział, że albo bierzemy go ze sobą, albo on nakabluje dziekanowi, że tak po prostu wychodzimy z uczelni. A wiesz, że mieliśmy mieć dzisiaj kolokwium.
- Cholera, całkiem o tym zapomniałam.
- To teraz mało ważne. Mów, co się stało.
- Już mówiłam. Zemdlałam na ulicy.
- To wiem, ale dlaczego? To już nie są żarty.
- No, nie są - mruknęłam, a potem wzięłam głęboki wdech. - Jestem w ciąży.
Nicole zatkało, tak jak mnie, kiedy usłyszałam tę "diagnozę".
- Ale jak to? Przecież mówiłaś, że Eric się zabezpieczył.
- Bo tak było. Ale przecież obie dobrze wiemy, że prezerwatywy nie dają stuprocentowej pewności.
- Cholera. I co teraz?
Pokręciłam smutno głową.
- Nie mam pojęcia. I cholernie się boję. - Rozkleiłam się. Tak po prostu zaczęłam płakać.
Nicole mnie przytuliła i szeptała, że wszystko będzie dobrze i że mi pomoże.
Kiedy się uspokoiłam poszła pogadać z lekarzem, a jej miejsce zajął Danny.
- Jak się czujesz? - spytał, siadając na krześle obok mojego łóżka.
- Mam dość tego pytania.
- Nie dziwię ci się. - Oparł łokcie na kolanach, a na dłoniach brodę. - Ale mogłabyś odpowiedzieć.
Zaśmiałam się, na co blondyn się uśmiechnął.
- Czuję się... w porządku. Przynajmniej na razie nie wymiotuję.
- Wymiotowałaś też?
- Eee.. No, tak. Od kilku dni.
- Może ty w ciąży jesteś? - zaśmiał się.
Po mojej minie wyczuł, że jego żart był trafiony.
- Jesteś?
Nie odpowiedziałam. Poruszył się niespokojnie na krześle.
- Eric jest ojcem?
- To teraz nie jest ważne. Nie mogę go urodzić.
- Co ty gadasz?
- To, co słyszysz. Nie mogę urodzić tego dziecka.
- Dlaczego?
- Po prostu.
- To nie jest odpowiedź.
- Odwal się! To nie twoja sprawa!
Zamilkł. Zamknęłam oczy, żeby łzy, które wezbrały mi pod powiekami, nie wypłynęły.
- Przepraszam - mruknął. Westchnęłam i spuściłam wzrok. - Molly, martwię się o ciebie.
- Niepotrzebnie. Dam sobie radę - rzekłam smutno.
- Cholera, co ten kretyn ci zrobił?
- Wytłumacz mi coś. - Głos mi się lekko załamał, ale nie zwróciłam na to uwagi. - Przez całe studia traktowałeś mnie jak powietrze albo i gorzej. Powietrze jest nam potrzebne, a ja dla ciebie nie istniałam. Dlaczego teraz nagle się tak mną przejmujesz? Masz Jannę. Wróćmy do tego, co było i wszyscy będą zadowoleni. - Położyłam się na lewym boku, tyłem do niego.
Milczał, ale nie wyszedł. Czekałam, aż wyjdzie, bo chciałam spokojnie sobie popłakać. Niestety on nie miał zamiaru przekraczać próg mojej sali. W końcu wróciła Nicole.
- Coś ty jej zrobił? - spytała od razu, kucając przede mną.
- Ja? Zapytaj raczej, co Eric jej zrobił. - Po tych słowach wyszedł.
- Powiedziałaś mu?
Pokręciłam głową.
- Wygarnęłam, że przez całe studia mnie nie zauważał, więc niech nadal tak będzie.
- I co on na to?
- Nic. - Pociągnęłam nosem. - Milczał. Odezwał się dopiero teraz.
Niki usiadła na skraju łóżka i przytuliła mnie.
Kilka minut później przyszła ta sama pielęgniarka, która była tutaj, gdy się obudziłam. Prowadziła wózek inwalidzki, na którym kazała mi usiąść. Wzięła mnie na badania, w tym USG. Wtedy po raz pierwszy ujrzałam małą fasolkę, która zadomowiła się w moim brzuchu. I było mi jeszcze trudniej.
Kiedy wróciłam do pokoju, byłam w rozsypce. Nicole już nie było, bo gdy brali mnie na badania, pożegnała się i pojechała. Musiałam zadzwonić do mamy i skłamać, że jestem u Nicole i że zostaję u niej na noc. Później jeszcze uzgodniłam tę samą wersję z przyjaciółką. Wreszcie mogłam skupić się na swoim problemie.
Żadne rozwiązanie tej sprawy nie przychodziło mi do głowy. Wieczorem miałam dość wszystkiego. Bolała mnie głowa, byłam zmęczona i w dodatku co jakiś czas mnie mdliło. Nie wytrzymałam i po raz kolejny się rozpłakałam.
W pewnym momencie ktoś położył mi rękę na ramieniu. Myślałam, że to pielęgniarka lub lekarz. Obejrzałam się i, zamiast wydrzeć się na tę osobę, rzuciłam się jej na szyję, szlochając jeszcze bardziej.
- Cii, spokojnie. - Dan głaskał mnie po włosach i plecach. - Wszystko będzie dobrze.
- Nic nie będzie dobrze! - wyszlochałam. - On mnie zgwałcił! - Wiem, że nie powinnam tego mówić, ale nie byłam w stanie dłużej ukrywać przed nim tego, co zaszło między mną a Eric'iem.
Gdy trochę się uspokoiłam, opowiedziałam mu wszystko, co miało miejsce tamtej nocy. Słuchał uważnie, nie wypuszczając mnie z objęć nawet na chwilę. Kiedy skończyłam, miał zaciętą minę.
- Zgłosiłaś to na policję?
Pokręciłam głową.
- Molly.
- Co mam im powiedzieć? Przecież sama poszłam z nim do tego pieprzonego pokoju. - Znowu się rozpłakałam.
- Nie płacz. - Przytulił mnie. - Pomogę ci.
- Ciekawe jak - prychnęłam.
- W opiece nad dzieckiem.
Zaśmiałam się nerwowo.
- Jasne, weźmiemy ślub, ja urodzę nie twoje dziecko i będziemy żyć długo i szczęśliwie - prychnęłam, kręcąc głową.
Westchnął.
- W takim razie co chcesz zrobić? - spytał, zakładając ręce na klatce piersiowej.
- Jest tylko jedno wyjście - zaczęłam powoli. - Aborcja.
Danny wytrzeszczył oczy, a ja na samo to słowo zadrżałam.
Ze szpitala wypuścili mnie po dwóch dniach. Znowu musiałam okłamać mamę, mówiąc, że ja i Niki uczymy się do kolokwium, więc zaraz po zajęciach pójdę do niej i zostanę na noc. Na szczęście uwierzyła.
Przez cały pobyt w szpitalu zastanawiałam się, skąd zdobyć pieniądze na zabieg. Do głowy przychodził mi tylko jeden pomysł.
Kiedy miałam wychodzić, z receptą na witaminy w ręku, w progu sali stanął Danny. Uniosłam brew.
- Co ty tutaj robisz?
- Przyjechałem po ciebie.
Westchnęłam. Zaczęłam żałować, że powiedziałam mu, kiedy mnie wypisują.
Mimo wszystko zgodziłam się, żeby podwiózł mnie do domu. W czasie drogi niewiele się odzywałam.
- Mogę o coś zapytać? - Ciszę nagle przerwał blondyn.
- Tak.
- Czemu tak właściwie chcesz usunąć ciążę?
Westchnęłam. Spodziewałam się tego pytania wcześniej czy później.
- Nie chcę - przyznałam. - Ale muszę.
- Czemu?
- Moja mama nie wie o tym, co się stało i nie może się dowiedzieć. To by ją zabiło.
Saucedo skinął głową i o nic już nie pytał.
Po tym, jak zatrzymał auto pod moim blokiem, rzekłam:
- Dziękuję ci za wszystko. - Blondyn posłał mi delikatny uśmiech. - Chciałabym prosić cię o jeszcze jedną przysługę, choć wiem, że nie mam prawa cię o to prosić.
- Słucham.
Przygryzłam dolną wargę.
- Mógłbyś... pożyczyć mi kilka tysięcy? Obiecuję, że wszystko ci oddam! - dodałam szybko.
Chłopak westchnął.
- Chcesz wykonać zabieg w Szwecji?
- Nie. - Pokręciłam głową. - Muszę wyjechać.
- Rozumiem. - Czekałam, czy jeszcze coś doda. - W porządku. Pożyczę ci te pieniądze. Ale - uniósł jeden palec  - pod jednym warunkiem.
- Jakim?
- Pojadę tam z tobą.
Zatkało mnie.
Nie miałam wyjścia. Musiałam zgodzić się na jego warunek. Inaczej wszystko byłoby do dupy. Jakby do tej pory nie było...
- Danny powiedział Jannie, że nasz wydział (Janna była na innym) jedzie na coś na wzór wycieczki. Mieliśmy podążać śladami słynnych szwedzkich muzyków. Po głębszym zastanowieniu postanowiłam, że to samo powiem mamie. Gdyby jakimś cudem się spotkały i zaczęły rozmawiać (co byłoby jeszcze większym cudem), będą znały tę samą wersję. Wszystko było idealnie obmyślone i nie mogło się nie udać.
Spotkaliśmy się kilka metrów dalej od mojego bloku, żeby nikt nie zobaczył, że wsiadam do samochodu Danny'ego.
- Jak się czujesz? - spytał, kiedy wsunęłam się na miejsce pasażera.
- Nie pytaj - mruknęłam, zapinając pas bezpieczeństwa.
Dan położył dłoń na mojej ręce, a potem ruszył.
Czułam się okropnie. W końcu jechałam zrobić coś, czego nie życzyłabym największemu wrogowi.